Ferlach to małe, austriackie miasteczko. Położone jest w Dolinie Róż, prawie 500
metrów n.p.m. Wokół widać górskie szczyty pięknej Karyntii. W Ferlach żyje zaledwie 7400
mieszkańców. Siedemnaście kilometrów dalej znajduje się Klagenfurt, kiedyś najważniejsza
twierdza regionu. Tutaj od 1566 roku znajdował się arsenał, zaopatrujący graniczne zamki w
broń palną. W początkach XVI wieku te bogate ziemie odwiedzali nieproszeni goście,
głównie Turcy i Wenecjanie. Na szczęście sama natura ufortyfikowała ten obszar. Przedrzeć
się przez góry nie było łatwo. Na drodze stał silnie umocniony zamek Hollenburg. Osłaniał on
wszystkie podejścia i szlaki handlowe.

W pobliżu Ferlach znajdowały się znaczne pokłady węgla i rud żelaza. Nie brakowało
też wody – dostarczały jej /nawet w nadmiarze/ górskie rzeki. Przekazy historyczne dowodzą,
iż od 1551 roku osada stawała się prawdziwym centrum przemysłu rusznikarskiego. Za
produkcję broni odpowiadał w owym czasie właściciel zamku Hollenburg, graf Dietrichstein.
Wydał on specjalny dekret, nakazujący dokładne sprawdzanie każdego egzemplarza broni
palnej. Zajmował się tym wyznaczony inspektor. Po wszechstronnych próbach broń
znakowano marką targową. Podnosiło to prestiż tutejszych rusznikarzy. Graf nie był
oczywiście filantropem. Cechowanie strzelb, karabinów czy sztucerów ułatwiało kontrolę nad
ilością wyprodukowanej broni, a on sam od każdego egzemplarza pobierał niemały podatek.
Stosowano cechowy podział produkcji. Jeden cech wykonywał lufy, następny łoża; ostatni
dokonywał ostatecznego składania i próbnego ostrzału. Ostatnim ogniwem biznesu byli
kupcy, rozwożący broń początkowo po Austrii, a potem i całej Europie. Myśliwska broń
palna produkowana była jednocześnie z wojskową. Warto wiedzieć, iż sztucery z lufami
gwintowanymi biły wręcz doskonale. Bez porównania lepiej od gładkolufowych muszkietów,
znajdujących się na wyposażeniu armii. Sztućców tych używano przede wszystkim do
górskich polowań na jelenie. Wyborowa broń szybko zainteresowała wojskowych, jednak ze
względu na wysoką cenę uzbrajano w nią tylko najlepszych strzelców.

Podczas wojny siedmioletniej (1756 – 63) w Ferlach zaczęto oficjalnie przyznawać
tytuł i kwalifikacje mistrza rusznikarskiego. Bardzo trudno było je zdobyć. Kandydat musiał
odbyć dwuletni staż u miejscowych mistrzów oraz udowodnić swoje umiejętności. W ramach
egzaminu należało samodzielnie wykonać broń palną. Dochodził do tego obowiązek odbycia
praktyki w firmie kupieckiej. Komisja twierdziła, iż tylko ten może wykonywać strzelby czy
sztucery, kto potrafi je dobrze sprzedawać. Tytuł i wynikające z niego przywileje przyznano
zaledwie 308 rzemieślnikom.

Hegemonia miasta, jako centrum przemysłu rusznikarskiego zaczęła spadać po 1842
roku. W Wiedniu powstał duży, nowoczesny zakład produkcji broni strzeleckiej.
Wykorzystano dostępne metody masowego wytwarzania, co pozwoliło obniżyć ceny. Ferlach
szybko tracił klientów. Wydawać by się mogło, iż czas wielkich mistrzów minął
bezpowrotnie. Na szczęście tak się nie stało. Miasto definitywnie przestało zajmować się
bronią wojskową. Była to słuszna decyzja, bo konkurowanie z wielkimi fabrykami –
przynajmniej na tym polu nie miało logicznego uzasadnienia. Pojawił się nowy, bardzo
perspektywiczny kierunek – elitarna broń myśliwska.
W 1878 roku utworzono pierwszą w Austrii szkołę rusznikarską, o wysokim poziomie
nauczania. W 1885 roku wprowadzono kooperację rusznikarzy, a w dwa lata później pojawiła
się w Ferlach pierwsza manufaktura, z produkcją małoseryjną.
Z daleka nic nie wskazuje, czym zajmują się tutejsi ludzie. A jednak sława Ferlach
trwa od stuleci i nic nie wskazuje, by miała minąć. Miasto wspaniałych rusznikarzy.
Rodzinnych klanów, które zajęły trwałe miejsce w historii. O ich ponadczasowości świadczy
niezwykła broń. W niezmąconym spokoju powstają prawdziwe arcydzieła sztuki
rusznikarskiej. Tutaj wytwarza się sztucery i strzelby, które przeczą wszelkiej logice. W dobie
taniej, masowej produkcji elitarna broń nie powinna mieć przecież racji bytu! A jednak…
Wciąż nie brakuje bogatych pasjonatów łowiectwa, którzy brzydzą się masówką. Podobnie
jest z samochodami. Jeśli kogoś stać na Bentleya czy Rollsa – powinien nim jeździć. Jest to w
jakimś sensie wyznacznikiem pozycji społecznej. Można polować ze spartańskim Iżem ale
daleko lepiej strzela się z broni produkowanej ręcznie. I nic tego nie zmieni. Ktoś powie –
grawerunek nie strzela. I będzie miał rację, tyle że koszt grawerunku to tylko kilka czy
kilkanaście procent całkowitej ceny broni z Ferlach. Reszta kosztów wynika z zastosowania
najdoskonalszych materiałów, ręcznego pasowania oraz wykończenia, które nie ma sobie
równych. Jeżeli kupimy Iża czy Toza w drogiej, „podarocznoj” wersji to nadal będzie on
zwykłym bokiem, tyle że pokrytym złoceniami i przesadną, prawie „bizantyjską” grawerką.
W tym przypadku ponad 90 % ceny to koszty zdobień. Czy warto? To trochę tak, jakbyśmy
ładowali duże pieniądze w tuning Fiata 126P. Można, tylko po co? Zawsze pozostanie
„kaszlakiem” cokolwiek byśmy z nim nie zrobili. Nawet Blasery R93 czy R8 nie zyskają
wiele dzięki grawerunkom, bo to nadal broń masowa, tyle że droższa. Uważam, że warto
ozdabiać przede wszystkim broń nieseryjną, bo wtedy podkreślamy jej indywidualizm i
niezwykłe piękno.

Twierdzi się, że z Ferlach mogą konkurować tylko stare, angielskie rusznikarnie. Jest
w tym wiele racji. Problem polega na tym, że po upadku brytyjskiego imperium te ostatnie
mocno straciły na znaczeniu. A Ferlach, mimo zawirowań wciąż ma się dobrze. Każdy
sztucer bądź strzelba stanowi unikat, wykonany dokładnie według życzeń zamawiającego.
Klienci określają kaliber broni, długość luf, rodzaj stali, typ zamka, wreszcie podejmują
decyzję w sprawie grawerunku. Wybierają też szlachetny orzech, z którego będzie wykonana
osada. Następnie bierze się „miarę” oceniając długość szyi, ramion, szerokość barków, kształt
głowy etc. Ocena budowy fizycznej klienta powinna być powtórzona przed ostatecznym
odbiorem, zdarza się bowiem (i to wcale nierzadko), że łowca przytyje lub nadmiernie
schudnie. Wszystkim przybywa lat, dochodzą więc zwyrodnienia czy urazy kręgosłupa.
Produkt finalny czyli broń najwyższej klasy wymaga współpracy wielu starych rzemiosł.
Kolbiarze, grawerzy i rusznikarze pracują razem, konsultując się we wszystkich stadiach
wytwarzania. Po pierwszej próbie broń jest przekazywana do testów w urzędzie zajmującym
się badaniem broni palnej. Tam jest sprawdzana nabojami wysokiego ciśnienia, znacznie
mocniejszymi od standardowych. Potem urząd wydaje zezwolenie na jej używanie.
Przychodzi czas na zdobienia.

Czas produkcji bywa różny, od pół roku do kilku czy kilkunastu lat. Nie ma w tym
żadnej przesady. Widziałem wyrafinowany vierling, nad którymi jeden z mistrzów pracował
dziewięć lat. Oglądałem bezcenny ekspres, który powstawał lat dwanaście. Najdłużej trwają
prace nad grawerunkami. Niektórych egzemplarzy nie można fotografować. Nazwisk
nabywców z reguły się nie ujawnia. Dlaczego? Zabezpiecza to przed kradzieżami. Wartość
arcydzieł z Ferlach potrafi podwoić się co kilkanaście lat. Dlatego niektórzy traktują taką broń
jak lokatę kapitału.

Austriacki styl to oczywiście charakterystyczny grawerunek ale i konstrukcja czy
przeznaczenie samej broni. Tworzą go np. górskie, bardzo składne sztućce kurkowe lub
łamane, lekkie „kipplaufy”. Jeżeli nabywca chce otrzymać grawerkę innego typu, np.
niezwykle piękne akty kobiece od włoskich mistrzów to je dostanie – broń wędruje wtedy na
Półwysep Apeniński.
Szkoła HTBLVA w Ferlach zajmuje się nauczaniem rusznikarstwa od 1878 roku.
Uczniowie przybywają do tego miasta praktycznie z całego świata. Naukę nierzadko
zaczynają adepci, posiadający już solidne wykształcenie ogólne bądź techniczne. Część
absolwentów otwiera własne warsztaty i zdobywa wielką sławę, ale bardzo rzadko w Ferlach.
Dlaczego? Konkurować ze starymi mistrzami mogą tylko geniusze.
Szlachetną broń z bogactwem zdobień można podziwiać na zamku Ferlach, w salach
Muzeum Rusznikarstwa i Myślistwa. Wystawa pokazuje przede wszystkim długą,
wielowiekową historię polowań. Wnikliwy obserwator zauważy subtelne piękno górskiego
krajobrazu i pochyli się nad odwiecznym rytmem natury.

Silna konkurencja między rusznikarzami sprzyjała powstawaniu unikalnych, często
pojedynczych egzemplarzy broni. Są one wprost bezcenne. Zawód mistrza sztuki
rusznikarskiej przechodził z ojca na syna, przez kolejne pokolenia. W Ferlach funkcjonuje
aktualnie nie mniej niż jedenaście firm. Funkcjonują one w stowarzyszeniu. Ich liczba się
zmienia. Nie brakuje bardzo starych, rodzinnych klanów. Ilość jednostek broni,
wykonywanych przez pojedynczy zakład z reguły nie przekracza setki rocznie, jednak może
być i kilkakrotnie mniejsza.
Jakie zakłady tworzą (lub tworzyły) sławę Ferlach? Wymieńmy je w porządku
alfabetycznym:
– Ludwig Borovnik;
– Johann Fanzoj;
-Wilfried Glanznig;
– Josef Hambrusch;
– Karl Hauptmann;
– Peter Hofer;
– Gottfried Juch;
– Josef Just;
– Jacob Koschat;
– Michelitsch (Johann & Peter);
– Walter Schaschl – Outschar;
– H. Scheiring;
– Benedikt Winkler.

Próba szerszego opisania dorobku tych rusznikarzy jest bardzo trudna. Jest to temat na
serię książek, a nie pojedynczy artykuł. Postaram się więc tylko zaznaczyć obecność
niektórych mistrzów.
Johann Fanzoj to manufaktura założona w 1790 roku. Wyrobem broni zajmuje się
już dziewiąte pokolenie. Razem z ojcem pracuje dwóch synów i utalentowana córka. Wśród
odbiorców broni był m.in. Franz Josef I i przynajmniej kilka innych, koronowanych głów.
Fanzoj jest doświadczonym myśliwym. Poluje tylko na zwierzynę grubą. Specjalizacja to
sztucery jednostrzałowe typu „carpathian rifle”; ale zakład wykona dosłownie wszystko.

Manufaktura Josef Hambrusch została założona w 1752 roku i jest najstarszą z
funkcjonujących w Ferlach. Kieruje nią Peter Hambrusch, rusznikarz w jedenastym
pokoleniu. Słynie z produkcji repetierów na zamku Mauser 98, pod bardzo mocną,
„afrykańską” amunicję. Hambrusch oferuje trzy wymiary komór i zamków. Pierwsza grupa
dotyczy kalibru .470, druga .577 – .600; trzecia przeznaczona jest dla lidera czyli .700 N.E.
Masa zamka dochodzi do 2,8 – 3,0 kg. Sześciokątna lufa wykonywana jest ze stali Bohler
Antinit. Bezpiecznik pracuje w płaszczyźnie poziomej. Zasilanie następuje z wymiennego
magazynka jednorzędowego. Osada charakteryzuje się długą i solidną kolbą (LOP = 380
mm). Repetier w kalibrze .700 N.E waży 8,5 kg! Odrzut jest do przeżycia, udowadnia to sam
mistrz; warto obejrzeć film dostępny w Internecie.
(Wspomniane nagranie można pobrać z oficjalnej strony ferlachguns.com)
Hambrusch opracował własny, potężny nabój na Afrykę – .600/538 MM, z wtokiem
zamiast wystającej kryzy (Eo = 11.450 J). Tor lotu jest bardziej płaski niż w .700 N.E.
Godny uwagi jest ekspres z zamkami typu HSSS (od pierwszych liter Hambrusch –
Sicherheits – Seitenschloss – System, bezpieczny system zamka bocznego Hambruscha).
Broń ta była szerzej opisywana na łamach ŁP.

Zakład Karla Hauptmanna powstał w 1938 roku. W 1996 roku mistrz wypuścił
„Waagrecht Kugel Driling” czyli horyzontalny dryling kulowy. Trzy lufy ułożone są obok
siebie, w płaszczyźnie poziomej. Baskila broni Hauptmanna jest wyraźnie lżejsza od
klasycznej. Przy tradycyjnym lutowaniu dwóch luf gwintowanych w ekspresach dla
zabezpieczenia identycznego punktu trafienia trzeba kilkusekundowej pauzy między
strzałami. Pierwsza lufa musi zdążyć wystygnąć. Tutaj jest inaczej – lufa środkowa pełni rolę
absorbera temperatury dla luf zewnętrznych. skracając czas na ich ochłodzenie. Usztywnia
też całą konstrukcję. Broń ma dwa zamki boczne Hollanda i jeden typu Blitz, dla lufy
środkowej. Produkowane są dwie wersje broni; pierwsza pod ten sam kaliber wszystkich luf,
druga z lufą środkową w mniejszym kalibrze.
Peter Hofer urodził się w 1958 roku. W wieku 21 lat ukończył szkołę rusznikarską.
Własny zakład założył w 1986 roku, po odbyciu siedmioletniej praktyki. Aktualnie firma
zatrudnia 12 ludzi. Wkład „hand made” przypadający na wypuszczenie jednego egzemplarza
waha się w granicach 80 – 97 %. Im większy udział pracy ręcznej tym wyższa cena.
Grawerunek u Hofera średnio stanowi 30 % kosztów wykonania całej broni.
Rocznie w zakładzie pracuje się nad 10 – 15 sztukami broni, ale kończy ok. 5 – 10.
Do tej pory w firmie wykonano kilkaset sztuk broni. Dokładna ilość jest tajemnicą. Czas
oczekiwania na horyzontalną dubeltówkę to półtora roku.
Ekspres produkuje się przeciętnie cztery lata. Jeden z ekspresów powstawał 12 lat.
Kipplauf „Die Fracassi Buchse”, kal. 6,5 x 57R wymagał 10 lat pracy. Broni
poświecono 16 tysięcy roboczogodzin. Grawerunek Firmo Fracassi nawiązuje do motywów
antycznych.
Mistrz wykonał najpotężniejszą gwintowaną dubeltówkę świata. Owa „czwórka” waży
12 kg, a pocisk kulowy równo 130 gramów. Nabój ma długość 120 mm, sama łuska 101 mm.
Żaden inny pocisk myśliwski nie ma tak wysokiego współczynnika TKO. Amunicję
oczywiście trzeba było elaborować ręcznie, a komponenty wyprodukować od podstaw.
Hofer uwielbia skrajności – więc „słoniowy” gigant kal. 4 przeciwstawiany jest
ekspresowi „Kolibri” w kalibrze .17 HMR, o masie 1,1 kg. Podobna broń, w kalibrze .22
Hornet („Hummingbirdrifle”) waży dokładnie tylko samo.
Hofer wytwarza solidne kniejówki, z baskilą stalową. Ich masa nie przekracza 2,25 kg
i jest to pewnie światowy rekord.
Szacunek budzą precyzyjne repetiery kal. .338 Lapua Magnum, oparte na
zmodyfikowanym zamku Mausera 98. Broń układa trzy pociski półpłaszczowe w kręgu o
średnicy 6 cm na 600 metrów. Hofer zapewnia, iż z amunicji przygotowanej przez niego ta
broń uzyska skupienie lepsze od 15 cm/1000 m.

H. Scheiring posiada własny „fabryczny” kaliber (6 mm Scheiring) oraz specyficzny
mechanizm otwierania broni, uruchamiany dźwignią zlokalizowaną przy kabłąku spustowym.
Starzy rusznikarze zapewniają, iż wykonają na zlecenie klienta każdą broń myśliwską.
Nie jest to do końca prawdą. Nie przyjmą zamówienia na sztucer czy strzelbę
samopowtarzalną. To samo dotyczy systemu „pump action”. I nie dlatego, że nie potrafią. Po
prostu nie chcą. W kanonach etyki, które obowiązują w Ferlach taka broń myśliwska nie
istnieje.

Ktoś może twierdzić, że jest czystym pragmatykiem, dla którego liczą się tylko
parametry skupienia i niska cena. Każdy ma prawo do własnych poglądów. Można strzelać i
trafiać z każdej broni, nawet tej zupełnie plebejskiej. Nie wierzę jednak by istniał na świecie
choć jeden myśliwy, którego nie urzekłaby broń z Ferlach. Starym mistrzom należy się
szacunek. Czapki z głów, panowie bracia.

Marek Czerwiński